Układanie gniazda na zimę: które ramki zostawić i jak je poskładać
Wyobraź sobie marzec. Otwierasz ul, który zamilkł, i widzisz obraz, który zna każdy pszczelarz z dłuższym stażem: martwy kłąb wciśnięty między plastry, główki pszczół powbijane w puste komórki, a dwie ramki dalej, na wyciągnięcie ręki, kilka kilogramów zapieczętowanego miodu. Ta rodzina nie zginęła dlatego, że nie miała co jeść. Zginęła, bo w mróz nie mogła do jedzenia dojść. I ta śmierć nie wydarzyła się w marcu. Wydarzyła się we wrześniu, przy ulu w chwili gdy ktoś źle poskładał jej gniazdo.
To jest sedno tego wpisu. O zimowli napisano tomy, ale wykłada się na niej nie ten, kto nie zna teorii, tylko ten, kto nie umie fizycznie poukładać gniazda. Które ramki zostawić, które bez sentymentu wyrzucić, w jakiej kolejności je ustawić i co zrobić, zanim zaleje się zapas. Zakładam, że wiesz już, dlaczego zimowla stoi na zdrowej pszczole zimowej, pyłku i suchym gnieździe. Tu bierzemy się do roboty i składamy gniazdo ramka po ramce.
Jedna uwaga na start: liczby zależą od tego, na jakim ulu i ramce jedziesz, bo dobrze wypełniony plaster wielkopolski to zupełnie inne kilogramy niż Dadant czy langstroth. Dlatego podaję zasady i widełki, a nie jedną sztywną cyfrę do bezmyślnego przepisania.
Na ilu ramkach zimować
Zasada jest jedna: rodzina zimuje na tylu ramkach, ile realnie obsiada, plus zwykle jedna z boku na zapas. Nie liczy się, ile plastrów mieści ul, tylko ile pszczoła ogrzeje i wykorzysta. Gniazdo szersze od kłębu to marnowane ciepło i miejsce na pleśń, bo pszczoła ogrzewa kłąb, a nie ul.
Oceniasz to na ostatnim przeglądzie, licząc gęsto obsiadane uliczki. I od razu rozprawmy się z presją na idealne, co do ramki dopasowane gniazdo, bo to nie kwestia życia i śmierci. Za luźne gniazdo to nie tragedia. Dobrze to widać w naturze: opisana przez Seeleya i Morse'a typowa dziupla ma 30 do 60 litrów pojemności, znacznie więcej, niż rodzina musi ogrzać, a pszczoły i tak sobie radzą. Jedna ramka więcej, niż mówi podręcznik, nie pogrąży rodziny, o ile zapas jest dobrze ułożony, a wilgoć ma ujście. Ważniejsze od zwężenia jest to, żeby na kłąb nie kapała woda i żeby miał zapas nad sobą.
Rodziny za słabej, która ledwie okrywa parę plastrów, nie ratuj osobnym zimowaniem, tylko połącz ją jesienią z inną. Dwie słabe złączone w jedną przezimują, każda osobno często nie.
Ile ramek i korpusów w konkretnym systemie
Teraz konkret, bo "tyle, ile obsiada" łatwo powiedzieć, a trzeba to przełożyć na realne liczby. Poniżej orientacyjne przedziały dla silnej, zdrowej rodziny w naszym klimacie. Traktuj je jako punkt wyjścia, nie dogmat, bo rasa, region i siła rodziny przesuwają te wartości.
wielkopolski 18 i wielkopolski górski: zwykle 2 korpusy, czyli rodzina siedzi na kilkunastu ramkach w pionie. Słabsza zimuje na 2 korpusach, na przykład w układzie 2 na 5.
wielkopolski: najczęściej 1 korpus, często z półnadstawką jako poduszką powietrzną.
warszawski zwykły: 8 do 11 obsiadanych ramek w jednym korpusie, bo wysoka ramka mieści dużo zapasu nad kłębem.
warszawski poszerzany: 7 do 9 ramek, bo płat plastra jest większy.
Dadant: 7 do 9 ramek gniazdowych w jednym korpusie, zapas głównie w tych ramkach, ewentualnie w płytkiej nadstawce.
langstroth: najczęściej 2 korpusy, rodzina na kilkunastu ramkach; przy słabszej często zimowanie na pełnym pojedynczym korpusie.
Zander i gerstunga: zbliżone do langstrotha i wielkopolskiego, zwykle 1 mocny korpus albo 2 słabiej obsadzone.
ostrowskiej, apipol, apimaye: liczba ramek jak w systemie, na którym są oparte; apimaye z tworzywa z wbudowaną izolacją wybacza więcej przy wilgoci.
mini plus: mały system pod odkłady i matki, zimowany na kompletnym module, nie na pojedynczych ramkach.
top bar i warre: bezramkowe albo listewkowe, rządzą się innymi prawami, tu nie liczysz klasycznych ramek, tylko zostawiasz zwarty ciąg obsiadanych plastrów.
Przy wielokorpusach warto dodać jedną rzecz z praktyki: bardzo często nie bawi się w drobiazgowe składanie gniazda, tylko zimuje po prostu na pełnych korpusach. Zostawiasz tyle korpusów, ile rodzina obsiada i wykarmi zapasem, i tyle. To wygodniejsze, znacznie mniej roboty i mniej grzebania w gnieździe jesienią, a rodzina i tak sama poukłada kłąb i wejdzie w zapas nad sobą. Przy dużych pasiekach to wybór z rozsądku, nie z lenistwa, bo oszczędza godziny przy dziesiątkach uli, a pszczołom niczego nie ujmuje.
Ogólna prawidłowość: im większa ramka i wyższy korpus, tym więcej zapasu mieści plaster, więc na Dadancie czy langstrothcie zimujesz na mniejszej liczbie ramek niż na wielkopolskiej, choć w kilogramach zapasu wychodzi podobnie.
Które ramki zostawić, a które wyrzucić
Tu zaczyna się jedyna prawdziwa kontrowersja tego wpisu, więc postawmy ją wprost. Klasyczna szkoła mówi: zimuj na ciemnych, przeczerwionych plastrach, bo są cieplejsze, higroskopijne i dają kłębowi lepszą bazę. Brzmi rozsądnie i tak uczono pokolenia. Ale ta rada ma drugie, ciemne dno. Czarny plaster to biologiczny śmietnik: magazyn przetrwalników zgnilca, które przeżywają w wosku dekady, zarodników nosemy, pozostałości po lekach i zabiegach, a do tego ma zwężone od nawarstwionych oprzędów komórki. Zimowanie na takim gracie obciąża rodzinę dokładnie w najczulszym momencie, gdy ma spokojnie przetrwać i wydać zdrową wiosenną pszczołę.
Dlatego mój wybór idzie w złoty środek. Nie zimuję ani na czarnym złomie, ani na lodowatej, dziewiczej węzy, która jest zimna i pusta. Najlepszy jest plaster młody do średniego, jasnobrązowy, już raz albo dwa przeczerwiony. Ma zaletę cieplejszej, przeczerwionej struktury, na której kłąb dobrze siada, ale bez bagażu czarnego plastra. Czarne systematycznie wycofuję z obiegu i przetapiam, bo wymiana wosku to i tak podstawa profilaktyki nosemy i zgnilca.
Co jeszcze leci z gniazda przed zimą, niezależnie od koloru:
plastry uszkodzone
plastry z resztką miodu spadziowego, wrzosowego czy z nawłoci, bo ten zapas krystalizuje i obciąża jelito
plastry trutowe i mocno przebudowane
świeżo odbudowane, nie przeczerwione plastry na bazę kłębu, bo są zimne
A czego wyrzucić nie wolno pod żadnym pozorem: ramki z pyłkiem i pierzgą. Zapas białkowy w gnieździe to fundament pszczoły zimowej i wiosennego startu, więc pierzga zostaje w gnieździe zawsze, nawet jeśli plaster nie jest idealny.
Jak ułożyć zapas i gdzie usiądzie kłąb
To jest część, którą najczęściej się kaleczy, a decyduje o życiu rodziny. Kłąb jesienią sadowi się nisko i przy wylotku, a przez zimę wędruje jak jedna bryła ku górze i w bok, za ciepłem i za zapasem. Twoim zadaniem jest tak ułożyć gniazdo, żeby na drodze tej wędrówki zawsze był zapas, a nie pustka.
Praktycznie oznacza to, że miód ma być nad kłębem i po jego bokach, a kłąb ma usiąść tam, gdzie jest najmniej zapasu, czyli w dolnej, cieplejszej części gniazda. W wielokorpusie zapas jest głównie w górnym korpusie, a kłąb siada niżej i w zimie wchodzi w miód nad sobą. W leżaku układasz zapas po bokach i nad grzbietami ramek, a kłąb siada bliżej wylotka. Klasyczny układ w leżaku to zapas z obu stron, a pośrodku ramki lżejsze, na których siada kłąb, z zapasem nad głowami.
Najgroźniejszy błąd to zostawić zapas z boku, za pustym plastrem. W silny mróz kłąb nie rozerwie się, żeby przejść przez pusty plaster po miód leżący kilka centymetrów dalej, i rodzina ginie z głodu na pełnym ulu. To jest dokładnie ten martwy kłąb z początku wpisu. Zjawisko nazywa się izolacją pokarmową i pisałem o nim szerzej przy zimowli. Zasada jest jedna: liczy się nie tylko ile zapasu, ale gdzie on leży względem kłębu.
Ile zapasu, w przeliczeniu na plaster
Tu wracam do uczciwych widełek, bo jedna cyfra nikomu nie pomoże. Rodzina wchodzi w zimę z zapasem rzędu kilkunastu kilogramów, a im dłuższa i ostrzejsza zima w Twoim regionie, tym bliżej górnej granicy. Rozłóż to na plastry tak, żeby dobrze wypełnione ramki zapasu stały nad i wokół kłębu.
W przeliczeniu na plaster pomaga prosta rachuba. Dobrze zasklepiony, pełny plaster mieści zapas proporcjonalny do swojej powierzchni: na dużej ramce, jak Dadant czy langstroth, to więcej kilogramów na plaster, na mniejszej, jak wielkopolska, odpowiednio mniej. Zamiast zgadywać, zważ kilka pełnych ramek ze swojego systemu raz a dobrze, odejmij wagę suchej ramki i masz swój własny, pewny przelicznik na lata. To pięć minut roboty, które ustawia Ci całą gospodarkę zapasem.
Do dawkowania samego pokarmu użyj przelicznika z wpisu o zimowli: kilogram cukru to mniej więcej kilogram zapasu, a litr gotowego inwertu to z grubsza kilogram cukru. Czyli brakujące kilkanaście kilogramów uzupełniasz mniej więcej tyloma kilogramami cukru w gęstym syropie albo tyloma litrami inwertu.
Awaryjne dokarmianie zimą: candy board i alternatywy
Wszystko powyżej dotyczy głównego zaopatrzenia, które robisz jeszcze ciepłą jesienią. Ale zima potrafi zaskoczyć: rodzina zużyła więcej, niż myślałeś, albo zimujesz ją nieco zbyt lekko. Wtedy wchodzi druga warstwa, czyli pokarm awaryjny. I tu kluczowa zasada: w mróz nie podajesz syropu. Płynny pokarm w zimnie dokłada wilgoci, której rodzina nie odparuje, a pszczoła i tak nie zejdzie po niego daleko od kłębu. W chłodzie liczy się tylko pokarm stały, położony wprost nad kłębem, żeby pszczoła sięgnęła po niego, nie rozrywając zbytnio kłębu. Oto opcje, od najwygodniejszej.
Candy board. Płytka nadstawka, rama na jakieś dwa do pięciu centymetrów wysokości, którą wypełniasz zastygłym ciastem cukrowym i stawiasz wprost nad gniazdem. To zimowa polisa z prawdziwego zdarzenia: rodzina ma zapas dosłownie nad głową i je go tylko wtedy, gdy potrzebuje. Zaglądasz z góry na chwilę i widzisz, ile zostało. Bonus: candy board tworzy nad kłębem ciepłą przestrzeń buforową, a wielu pszczelarzy dokłada tam wiosną placek pyłkowy, gdy matka rusza z czerwiem.
Fondant albo ciasto cukrowo-miodowe. To samo w wersji doraźnej, bez budowania ramy. Gotowy fondant albo domowe ciasto kładziesz wprost na ramki nad kłębem, na przykład rozcinając opakowanie od spodu, żeby pszczoły jadły od dołu i nie chodziły po lepkiej masie. Szybkie i skuteczne, gdy trzeba ratować rodzinę z dnia na dzień.
Suchy cukier, czyli metoda górska. Najprostsza i najtańsza. Na ramki kładziesz arkusz papieru i sypiesz na niego suchy, biały cukier, lekko zwilżony, żeby się zbrylił. Wilgoć z ula robi z tego twardą taflę, którą pszczoły podgryzają w razie potrzeby, a przy okazji cukier chłonie nadmiar wilgoci z gniazda. Dwa zastrzeżenia: nigdy nie używaj cukru pudru, bo zawiera skrobię i wywołuje biegunkę, i nie wypuszczaj papieru poza obrys korpusu, bo zaciąga wilgoć do środka. Wada jest jedna: w cieplejszy dzień pszczoły potrafią wynieść suchy cukier jak śmieć, więc bywa mniej pewny niż ciasto.
Placek białkowy, ale tylko świadomie. To już nie ratunek przed głodem, tylko zastrzyk białka pod wczesny czerw. Kładziesz go nad kłębem dopiero późną zimą, gdy chcesz pobudzić rozwój, nigdy zbyt wcześnie, bo rozkręcisz czerwienie w mróz i rodzina zacznie spalać zapas i pracować ponad siły. Białko to narzędzie na przełom zimy i wiosnę, nie na grudzień.
Wspólny mianownik wszystkich tych metod: to zapas awaryjny kładziony nad kłębem, a nie sposób na to, żeby machnąć ręką na jesienne zaopatrzenie. Najpierw rzetelnie zaopatrz rodzinę gęstym syropem albo inwertem, a candy board czy cukier trzymaj jako polisę, którą rodzina wykorzysta tylko, jeśli zajdzie potrzeba.
Kolejność: najpierw gniazdo, potem zapas
Robota ma sens tylko w dobrej kolejności. Najpierw robisz przegląd i porządkujesz gniazdo: oceniasz siłę, wyrzucasz plastry do wybrakowania, zostawiasz właściwe ramki i pierzgę, ustawiasz je we właściwym porządku, zwężasz i wstawiasz zatwór. Dopiero na tak przygotowane gniazdo zalewasz zapas.
To ważne z dwóch powodów. Po pierwsze, nie ma sensu lać cukru w bałagan, który i tak będziesz przekładać. Po drugie, samo zalewanie gniazda gęstym zapasem ma jeszcze jedno zadanie, o którym łatwo zapomnieć: zalane plastry ograniczają matce miejsce do czerwienia i pomagają wygasić późny czerw, przez co młode pszczoły przechodzą w formę zimową zamiast wyniszczać się karmieniem. Gęsty zapas na koniec to więc nie tylko spiżarnia, ale i sygnał do zamknięcia sezonu w gnieździe.
Na końcu zostaje wykończenie: ocieplenie górne i ewentualnie boczne, sprawdzenie wentylacji, zawężenie i zabezpieczenie wylotka oraz krata na myszy, zanim pszczoła siądzie w kłębie i przestanie bronić wejścia.
Czego uczy nas natura: dziuple, kłody i minimalna ingerencja
Wszystko, co robimy przy składaniu gniazda, jest tak naprawdę próbą nadrobienia tego, co dzika pszczoła ma za darmo. Warto więc na chwilę spojrzeć, jak zimuje rodzina, której nikt nie dotyka.
Dzika rodzina zimuje w dziupli o pojemności rzędu 30 do 60 litrów, z grubymi, izolującymi ścianami, jednym małym wylotkiem wysoko i wnętrzem wyściełanym propolisem. Skutek jest taki, że taka rodzina traci cztery do siedmiu razy mniej ciepła niż ta sama pszczoła w cienkościennym ulu. Zimuje na własnym miodzie, nigdy na cukrze, i przez całą zimę nikt jej nie otwiera. To jest wzorzec, do którego nasza gospodarka tylko się zbliża.
W Polsce mamy tego żywą tradycję: bartnictwo. Barć to dziupla wykuta w żywym drzewie, kłoda to wydrążony kloc postawiony albo zawieszony, jedno i drugie naśladuje naturalne mieszkanie pszczół. Grube drewniane ściany świetnie izolują, a rodzina zimuje w nich na miodzie, doglądana raz na jakiś czas, a nie co chwilę. To nie folklor: kultura bartnicza Polski i Białorusi została w 2020 roku wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, a bliźniacza tradycja przetrwała w Baszkirii, gdzie dzikie i barciowe rodziny żyją w lasach w gęstości rzędu kilku na kilometr kwadratowy.
Co z tego możesz wziąć do swojej pasieki, nawet jeśli trzymasz pszczoły w zwykłych ulach? Kilka rzeczy: solidną izolację, zwłaszcza od góry, żeby zbliżyć się do ciepłego wnętrza dziupli; mniejszy, wyżej umieszczony wylotek, którego łatwiej bronić i którego nie zasypie śnieg; zostawianie rodzinie dość dobrego zapasu zamiast odbierania wszystkiego co do kropli; większe odstępy między ulami, które ograniczają błądzenie i roznoszenie chorób. I najważniejsze zimą: święty spokój.
Im mniej zaglądasz, tym lepiej
To chyba najtrudniejsza lekcja dla początkującego, bo ręce same rwą się, żeby sprawdzić. A zimą każde otwarcie ula to strata. Zdejmujesz ocieplenie i powałę, wypuszczasz nagromadzone ciepło i wilgotniejsze, cieplejsze powietrze, chłodzisz kłąb i zmuszasz rodzinę, żeby odbudowała mikroklimat, który budowała tygodniami. Dzikiej rodziny nikt nie otwiera i to jeden z powodów, dla których radzi sobie sama.
Dlatego gdy gniazdo jest już złożone i zalane zapasem, Twoja robota przy ulu w zasadzie kończy się do wiosny. Kontrolę prowadzisz z zewnątrz, nie rozbierając gniazda: słuchasz rodziny, przykładając ucho albo pukając w ścianę, oceniasz wagę ula, podnosząc go od tyłu, patrzysz na wylotek i na osyp na wkładce, sprawdzasz, czy wejścia nie zasypało i czy nie ma śladów myszy. To wszystko mówi Ci mnóstwo, a nie kosztuje rodziny ani jednego stopnia ciepła.
Jest w tym jednak granica i muszę ją postawić uczciwie, bo naturalne podejście bywa wypaczane. Minimalna ingerencja zimą to mądrość. Ale całoroczne niezaglądanie połączone z brakiem monitoringu warrozy i rezygnacją z leczenia to w gęstej pasiece nie natura, tylko zaniedbanie, które kończy się padłymi rodzinami i bombą warrozową dla sąsiadów. Dzikie rodziny radzą sobie bez nas dlatego, że żyją rzadko rozsiane i przez ostrą selekcję, w której słabe po prostu giną. W pasiece tego luksusu nie masz. Bierz więc z natury zasady, czyli izolację, spokój i dobry zapas, ale nie myl minimalnej ingerencji z odpuszczeniem sobie zdrowia rodzin.
Ciekawostki i kontrowersje
Ciemne czy jasne plastry, spór bez jednej odpowiedzi. To najgorętsza kontrowersja tego tematu. Stara szkoła broni ciemnych plastrów jako cieplejszych i lepiej trzymających wilgoć. Szkoła higieniczna odbija, że czarny plaster to rezerwuar przetrwalników zgnilca, zarodników nosemy i pozostałości, więc zimowanie na nim to ryzyko. Prawda leży w złotym środku: plaster raz czy dwa przeczerwiony, jasnobrązowy, łączy zalety obu stron, a czarne graty i tak trzeba z pasieki wycofywać.
Ramka pyłkowa: na środku czy z brzegu. Drobna, ale realna różnica zdań. Jedni wciskają pierzgę bliżej środka gniazda, żeby kłąb miał ją pod ręką na wczesny czerw. Drudzy odsuwają ją nieco na bok, żeby zbyt duży placek pyłku nie tworzył zimnego, wilgotnego mostka w sercu kłębu. W praktyce jedna ramka pierzgi na skraju obsiadanego gniazda to bezpieczny kompromis.
Zapas nad kłębem bije ilość zapasu. Można dać rodzinie mnóstwo miodu i i tak ją stracić, jeśli leży on w złym miejscu. W mróz kłąb nie sięgnie po zapas za pustym plastrem, więc dobrze ułożone kilkanaście kilogramów przezimuje rodzinę lepiej niż źle ułożone dwadzieścia. Układ ważniejszy niż tonaż.
Ciepła zabudowa a ciasne gniazdo. Krąży przekonanie, że im ciaśniej i cieplej, tym lepiej. Częściowo tak, bo zwarte gniazdo łatwiej ogrzać, ale przesada w uszczelnianiu kończy się skroplinami na kłębie. Zwężaj i ocieplaj z głową, ale nie zamykaj rodziny w mokrym, szczelnym pudle.
Dzikie rodziny znoszą to, co zabija nasze. Rodziny żyjące w drzewach potrafią tolerować poziom wirusa zdeformowanych skrzydeł, który w pasiece położyłby rodzinę. Płacą jednak za to wysoką cenę: tam, gdzie słabe po prostu giną, a mocne dają rój, selekcja robi swoje. W pasiece tej selekcji nie ma, bo ratujemy każdą rodzinę, i dlatego nie da się dzikiej odporności skopiować samym stylem gospodarki.
Trzy mity
Mit pierwszy: trzeba zostawić jak najwięcej ramek, żeby pszczoła miała zapas. Odwrotnie. Nadmiar plastrów ponad to, co rodzina obsiada, to zmarnowane ciepło, pleśń i większe ryzyko, a nie bezpieczeństwo. Zimuje się na tylu ramkach, ile pszczoła realnie okrywa, a nie na tylu, ile wejdzie do ula.
Mit drugi: im ciemniejszy plaster, tym lepszy na zimę. Kiedyś powtarzane, dziś mocno podważane. Ciemny plaster jest cieplejszy, ale bywa naładowany przetrwalnikami i zarodnikami. Bezpieczniejszy jest plaster młody do średniego, już przeczerwiony, a czarny wycofujesz z obiegu, nie honorujesz go zimowaniem.
Mit trzeci: podkarmiaj aż pszczoły przestaną brać. Brzmi rozsądnie, a jest zawodne. Pszczoły biorą i magazynują syrop tak długo, jak mają gdzie i jak jest dość ciepło, więc karmienie na oślep kończy się zapchanym gniazdem bez miejsca dla kłębu. A jeśli przestają brać, to często nie dlatego, że mają dość, tylko dlatego, że zrobiło się za zimno, i zostajesz z niezasklepionym, wodnistym syropem, który fermentuje. Właściwa droga jest inna: policz, ile zapasu rodzina już ma, odejmij to od celu i podaj brakującą, konkretną porcję gęstym syropem albo inwertem, wcześnie, póki pszczoła zdąży to przerobić i zasklepić. A candy board czy fondant to nie sposób na główne zaopatrzenie, tylko zimowa polisa: kładziesz je nad kłębem jako awaryjny zapas, który rodzina zje tylko wtedy, gdy zabraknie jej własnego, i który przy okazji nie dokłada wilgoci jak płynny syrop w mróz.
Najczęstsze błędy
Zapas z boku, za pustym plastrem. Klasyczna droga do izolacji pokarmowej i śmierci głodowej na pełnym ulu. Miód ma być nad kłębem i wokół niego.
Wyrzucona pierzga. Zapas białkowy zostaje w gnieździe zawsze. Bez niego pszczoła zimowa i wiosenny start są zagrożone.
Kłąb na zimnej, dziewiczej węzie. Świeżo odbudowany, nieprzeczerwiony plaster jako baza kłębu jest zimny. Kłąb sadza się na plastrze już raz przeczerwionym.
Zalewanie zapasu przed uporządkowaniem gniazda. Najpierw przegląd i skład gniazda, potem zapas. Odwrotna kolejność to podwójna robota i bałagan w spiżarni.
Zaglądanie do gniazda w mróz. Każde otwarcie ula zimą wypuszcza ciepło i wilgotne powietrze i chłodzi kłąb. Gdy gniazdo jest złożone, kontrolujesz rodzinę z zewnątrz, a nie rozbierasz jej w chłodzie.
Spóźniona krata na myszy. Zakładasz ją, zanim pszczoła siądzie w kłębie i przestanie bronić wejścia, bo potem intruz robi szkody nie do naprawienia zimą.
Źródła i dalsza lektura
Seeley T. D., Morse R. A. (1976). The nest of the honey bee (Apis mellifera L.). Insectes Sociaux 23: 495-512. O objętości i architekturze naturalnego gniazda, punkt odniesienia dla tolerancji na większą przestrzeń.
Fries I. (1988). Comb replacement and Nosema disease in honey bee colonies. Apidologie 19: 343-354. Podstawa wycofywania starych, ciemnych plastrów.
Genersch E. (2010). American foulbrood in honeybees and its causative agent, Paenibacillus larvae. Journal of Invertebrate Pathology 103: S10-S19. O wieloletniej trwałości przetrwalników w wosku, tło dla oceny czarnych plastrów.
Mitchell D. (2023). Honeybee cluster, not insulation but stressful heat sink. Journal of the Royal Society Interface. O kłębie, izolacji i tym, że pszczoły znoszą przestrzeń większą, niż zakłada tradycja.
Kraus B. (1997). Prace nad wpływem wilgotności gniazda na rozród warrozy. Kontekst dla priorytetu suchego kłębu nad suchym całym ulem.
Seeley T. D. (2019). The Lives of Bees oraz koncepcja pszczelarstwa darwinowskiego. Podstawa rozdziału o naturalnym zimowaniu i minimalnej ingerencji.
Kultura bartnicza w Polsce i na Białorusi, wpis na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO (2020). Tło dla tradycji kłód i barci.
Komentarze (0)
Brak komentarzy - bądź pierwszy!