Beehive Hub
Pszczelarstwo i środowisko

Przepszczelenie: czy w Polsce jest już za dużo uli?

Autor: Grzegorz Morgaś Opublikowano 7 września 2026 20 min 0 komentarzy
Przepszczelenie: czy w Polsce jest już za dużo uli?

Zacznijmy od liczby, która robi wrażenie. W Polsce stoi około 2,4 miliona rodzin pszczelich. Tyle samo, co w Stanach Zjednoczonych, kraju ponad trzydzieści razy większym od nas. To jedno zdanie mówi o polskim pszczelarstwie więcej niż niejeden raport: na naszym niewielkim terenie tłoczy się gigantyczna liczba uli. I dokładnie o tym jest ten tekst, bo skoro Polski Związek Pszczelarski bierze temat przepszczelenia na tapetę, warto spojrzeć na niego chłodno, z twardymi danymi i nauką w ręku, a nie na emocjach.

Uprzedzę od razu, żeby nie było nieporozumień: to nie jest tekst o tym, że pszczoła miodna niszczy przyrodę, ani że masz zwijać pasiekę. To spojrzenie na realny problem, który uderza w dwie strony naraz: w dzikie zapylacze i, co pszczelarze często pomijają, w kieszeń samego pszczelarza.

Co to jest przepszczelenie i ile go mamy

Przepszczelenie, po fachowemu napszczelenie terenu, to po prostu liczba rodzin pszczelich przypadających na kilometr kwadratowy. Im ich więcej, tym więcej gąb do wykarmienia z tej samej, ograniczonej bazy pożytkowej. I tu zaczynają się twarde liczby.

Według danych Instytutu Ogrodnictwa w Puławach średnie napszczelenie w Polsce to około 7,7 rodziny na kilometr kwadratowy. Ale średnia kłamie, bo rozrzut jest ogromny. Na południu kraju, w makroregionie małopolskim, sięga 12,5, a w samej Małopolsce dochodzi do niemal 14 rodzin na kilometr. Na drugim biegunie jest Mazowsze z około 4,9, czyli ponad dwa i pół raza mniej. Innymi słowy, mamy w Polsce regiony napszczone do granic i takie, gdzie miejsca jeszcze jest sporo.

Dlaczego to ważne? Bo istnieje coś takiego jak pojemność pożytkowa terenu, czyli liczba rodzin, którą dana okolica jest w stanie wyżywić bez spadku wydajności. Polskie prace, między innymi profesora Jerzego Wildego, wskazują, że dobre zbiory miodu są możliwe tam, gdzie akumulacja nie przekracza mniej więcej siedmiu rodzin na kilometr kwadratowy. Zestaw to z realnym napszczeleniem południa Polski, a zobaczysz, że w wielu miejscach dawno przekroczyliśmy ten próg. To nie jest abstrakcja, tylko sufit, o który uderza konkretny pszczelarz przy konkretnym miodobraniu.

Co przepszczelenie robi Twojej pasiece

Zanim przejdziemy do dzikich zapylaczy, o których mówi się najgłośniej, zacznijmy od czegoś, co powinno ruszyć każdego pszczelarza bardziej: własnych zbiorów i zdrowia rodzin. Bo przepszczelenie to nie jest problem ekologów, to jest problem Twojego portfela.

Pierwsza rzecz to konkurencja o pożytek między samymi pszczołami miodnymi. Gdy na tym samym terenie stoi za dużo uli, rodziny odbierają sobie nawzajem nektar i pyłek, a efekt jest prosty: mniej miodu z rodziny. Badania Henry'ego i Rodeta pokazały wręcz, że nasilona konkurencja wewnątrz gatunku jest sygnałem, że lokalna pojemność pożytkowa została przekroczona, co uderza i w zbiory, i w kondycję rodzin. Twoje pszczoły biją się o ten sam kwiat z pszczołami sąsiada, i przegrywają obie strony.

Druga rzecz, poważniejsza, to choroby. Im gęściej stoją ule, tym łatwiej patogeny przeskakują z pasieki do pasieki. Błądzenie pszczół między ulami, rabunek osłabionych rodzin, wspólne pożytki, na których spotykają się pszczoły z różnych pasiek, to wszystko autostrady dla warrozy, zgnilca, nosemy i wirusów. W napszczonym terenie jedna zaniedbana, sypiąca się rodzina staje się bombą warrozową i chorobową dla wszystkich w promieniu lotu. Pisałem o tym przy rabunkach i przy warrozie, a przepszczelenie to zjawisko, które podkręca cały ten mechanizm do maksimum. Nie da się prowadzić zdrowej pasieki w oderwaniu od tego, co dzieje się u sąsiadów, jeśli sąsiadów jest wielu i stoją blisko.

Trzecia rzecz to bieda pyłkowa i białkowa. Zbyt mała baza roślin miododajnych na zbyt wiele rodzin oznacza, że pszczołom brakuje nie tylko nektaru, ale i pyłku, a bez pyłku nie ma dobrego ciała tłuszczowego i dobrej pszczoły zimowej. Przepszczelenie potrafi więc pośrednio pogorszyć zimowlę, bo rodziny wchodzą w zimę słabiej odżywione. To domyka się z tym, co pisałem o ciele tłuszczowym: głód pyłkowy późnym latem to cicha przyczyna słabych pokoleń zimowych, a w napszczonym terenie o ten głód znacznie łatwiej.

Gdy pożytku brakuje: przymus dokarmiania i pseudomiody

Jest jeszcze jeden, bardzo praktyczny skutek przepszczelenia, który w pasiekach widać z roku na rok wyraźniej: przymus dokarmiania nie tylko na zimę, ale w środku sezonu, żeby rodziny w ogóle prawidłowo funkcjonowały. Klasyczny moment to okres po lipie, gdy duże pożytki się kończą, a w napszczonym terenie tej resztki nie starcza dla wszystkich. Wtedy wiele pasiek musi podawać syrop, żeby rodziny nie osłabły, nie ograniczyły czerwienia i wyszły na kolejny pożytek w formie. Im gęściej stoją ule, tym częściej i wcześniej trzeba sięgać po podkarmiaczkę, bo naturalna baza po prostu nie nadąża wyżywić tylu rodzin.

I tu trzeba postawić granicę we właściwym miejscu, bo łatwo o skrót myślowy. Sam dodatek do miodu, sok czy zioło, to nie grzech. Ja na przykład dla rodziny robię miód z sokiem malinowym i miód z sokiem z pokrzywy, i uważam to za w porządku, bo bazą jest prawdziwy miód, a nie cukier. Takiego produktu nie sprzedaję, bo przy miodowej bazie cena wyszłaby zaporowa, a dosypywanie do wywaru cukru, żeby było taniej, po prostu gryzie mi się z sumieniem. I to jest sedno: problemem nie jest to, że coś do miodu dodano, tylko to, czym się go zastępuje.

Bo ześlizg zaczyna się tam, gdzie w napszczonym, bezpożytkowym terenie pasieka zamiast czekać na nektar przechodzi na produkcję tak zwanych ziołomiodów na cukrze. Mechanizm jest ten sam co przy moim domowym, tylko nośnik inny: pszczelarz przygotowuje gęsty syrop cukrowy z dodatkiem soku albo wywaru, na przykład malinowego czy z pokrzywy, wlewa go do podkarmiaczek i wstawia do uli. Pszczoły, zwabione zapachem i smakiem, traktują go jak pożytek, zabierają, zagęszczają do konsystencji miodu i zasklepiają, a pszczelarz potem odwirowuje gotowy produkt i sprzedaje, nierzadko drożej niż prawdziwy miód. Sama roślina z etykiety, jak malina czy pokrzywa, w naturze albo nie nektaruje, albo pszczoły ją ignorują, więc pszczoła nigdy nie zebrałaby z niej miodu sama. Cała słodycz pochodzi tu z cukru, nie z pożytku.

I to trzeba powiedzieć wprost: taki cukrowy produkt w świetle prawa i normy miodowej miodem nie jest, bo miód powstaje z nektaru albo spadzi zebranych przez pszczoły, a nie z syropu podanego im przez człowieka. Polskie prawo nie uregulowało zresztą ziołomiodów osobno, więc krążą one w szarej strefie nazewnictwa, a myląca nazwa z członem miód i cena wyższa od miodu potrafią wprowadzić konsumenta w błąd. I żeby było uczciwie do końca: mój domowy miód z sokiem, choć stoi na miodowej bazie, też nie jest już miodem w pełnym rozumieniu normy, bo miód z definicji nie może mieć dodatków. To wyrób na bazie miodu, a nie czysty miód nektarowy, i tak trzeba by go nazwać, gdyby kiedykolwiek trafił na sprzedaż. Różnica wobec cukrowego pseudomiodu jest jednak zasadnicza: u mnie słodycz i tak pochodzi z prawdziwego miodu, a tam z cukru udającego pożytek, i to tamten produkt jest sprzedawany jako miód, którym nie jest.

Nie chodzi o to, żeby potępiać każdy wyrób miodopodobny, bo bywają robione uczciwie i opisane zgodnie z prawdą jako produkty inne niż miód. Chodzi o to, że przepszczelenie i brak pożytku popychają część rynku w stronę pseudomiodów sprzedawanych jak miód, a to uderza w zaufanie do całej branży i w tych pszczelarzy, którzy zbierają prawdziwy miód z prawdziwego pożytku. To kolejny, mniej oczywisty koszt tego, że uli jest po prostu za dużo.

Co nauka mówi o dzikich zapylaczach

Teraz druga strona, o której trąbią media, czyli wpływ pszczoły miodnej na dzikie zapylacze. I tu trzeba być uczciwym i precyzyjnym, bo temat jest gorący i łatwo o przesadę w każdą stronę.

Fakty naukowe są takie. Pszczoła miodna to potężny konkurent pokarmowy, bo jest wszystkożerna w kwiatach, występuje w ogromnej liczbie, ma świetny węch i zdolności zwiadowcze, gromadzi zapas i zimuje całą rodziną. Cane i Tepedino zwracają uwagę, że jedna rodzina potrafi w sezonie zebrać olbrzymią masę nektaru i pyłku, których wtedy brakuje dzikim owadom. Badania Torné-Noguery i współpracowników wykazały, że konkurencję da się wykryć już przy zagęszczeniu rzędu trzech i pół rodziny na kilometr kwadratowy, a więc znacznie poniżej polskiej średniej. Valido i współpracownicy pokazali, że przy wysokim zagęszczeniu pszczół miodnych spada liczba odwiedzin kwiatów przez dzikie zapylacze. Henry i Rodet wyliczyli z kolei, że efekty konkurencji sięgają od sześciuset do tysiąca stu metrów wokół pasieki, i zaproponowali, żeby zamiast limitów zagęszczenia regulować raczej minimalne odległości między pasiekami.

Ale, i to jest ważne, nauka nie jest tu jednogłośna i nie maluje prostego obrazu zagłady. Duży przegląd Mallinger i współpracowników z 2017 roku, obejmujący kilkadziesiąt badań, pokazał, że owszem, nakładanie się bazy pokarmowej jest częste, ale realne, negatywne skutki dla dzikich pszczół są zależne od kontekstu i wcale nie zawsze się pojawiają. Są badania, w tym z półnaturalnych terenów, gdzie obecności pszczoły miodnej nie udało się powiązać ze szkodą dla dzikich zapylaczy. Kluczem okazuje się krajobraz i ilość naturalnych siedlisk: tam, gdzie kwiatów jest pod dostatkiem, gatunki potrafią współistnieć, a tam, gdzie baza jest uboga, konkurencja robi się ostra. Innymi słowy, problemem rzadko jest sama obecność uli, a częściej połączenie zagęszczenia z ubogą bazą pożytkową.

Uczciwe spojrzenie: pszczelarz jest i ofiarą, i sprawcą

Z tego wyłania się obraz mniej efektowny niż medialne nagłówki, ale prawdziwszy. Przepszczelenie nie jest kwestią złej pszczoły miodnej kontra biedne dzikie owady. Jest kwestią równowagi między liczbą uli a tym, co teren jest w stanie wykarmić. A w tej równowadze pszczelarz stoi po obu stronach naraz.

Jest ofiarą, bo w napszczonym terenie zbiera mniej miodu z rodziny, ma trudniejszą walkę z chorobami i słabsze rodziny. Jest sprawcą, bo dokładając ule na siłę tam, gdzie już jest gęsto, pogłębia problem i sobie, i sąsiadom, i dzikim zapylaczom. To niewygodne, ale ważne, bo pokazuje, że rozwiązanie nie polega na obwinianiu kogokolwiek, tylko na rozsądnym gospodarowaniu przestrzenią. I że interes pszczelarza, czyli dobre zbiory i zdrowe rodziny, w dużej mierze pokrywa się z interesem przyrody, czyli miejscem dla dzikich zapylaczy. Rzadko się tak składa, a tu akurat tak jest.

Warto też dodać kontekst ekonomiczny, bo bez niego temat wisi w próżni. Polskie pszczelarstwo mierzy się z zalewem taniego miodu z importu, niskimi cenami skupu i rosnącymi kosztami. Napszczelenie i spadające zbiory z rodziny dokładają się do tej presji, bo z przepszczonego terenu trudniej wycisnąć opłacalność. Po latach wzrostu liczba pszczelarzy i rodzin w Polsce pierwszy raz lekko spadła, co niektórzy odczytują właśnie jako sygnał, że sektor dobił do ściany pojemności i opłacalności naraz.

Pasieki wędrowne: kukułcze jajo dla stacjonarnych

Osobny, drażliwy wątek to pasieki wędrowne. Wywóz pszczół na pożytki, na rzepak, grykę, lipę czy wrzos, to normalne i często konieczne narzędzie zawodowego pszczelarstwa, bo przy rosnących kosztach miód odmianowy z wędrówki bywa jedynym sposobem na opłacalność. Nie ma co go demonizować. Problem zaczyna się wtedy, gdy wędrowna pasieka ląduje na terenie, który już jest napszczony, albo na pożytku, na którym pracują miejscowe pszczoły.

Bo pożytek jest jak tort: da się z niego wykroić tylko określoną liczbę kawałków. Przywiezienie kilkudziesięciu czy kilkuset uli na kwitnący rzepak, przy którym stoją już lokalne pasieki, nie sprawia, że nektaru robi się więcej. Robi się tylko więcej gąb do jego podziału. Dla pasieki stacjonarnej taka nagła wizyta bywa kukułczym jajem: z dnia na dzień jej pszczoły muszą dzielić pożytek z tysiącami obcych, a zbiory potrafią wtedy siąść wszystkim naraz.

Do tego dochodzi druga, poważniejsza sprawa: choroby. Pasieka wędrowna to pszczoły z zupełnie innego regionu, z własnym bagażem warrozy, zgnilca, nosemy i wirusów, wstawione nagle w środek lokalnej populacji. Wspólne pożytki, błądzenie i rabunek robią resztę. Jeden nieodpowiedzialny wędrowny pszczelarz, który przywiezie na pożytek chore, zawarrozone rodziny, potrafi obdarować całą okolicę problemem, który zostanie w niej długo po tym, jak on spakuje ule i odjedzie.

Nie chodzi o to, żeby zakazać wędrówek, bo to ważna część zawodu. Chodzi o etykę i koordynację: nie wstawiać się na siłę tam, gdzie pożytek jest już obłożony, dogadywać się z miejscowymi, dbać o zdrowie wożonych rodzin i nie robić z cudzego pastwiska bufetu dla własnych, zaniedbanych uli. W napszczonej Polsce, gdzie pasiek wędrownych przybywa, to coraz częstsze źródło realnych konfliktów między pszczelarzami.

Jak ocenić, czy Twój teren jest przepszczony

Zamiast zgadywać, można to policzyć, i to prostymi narzędziami. Zacznij od narysowania koła o promieniu półtora do dwóch kilometrów wokół pasieki, choćby na darmowej mapie w internecie. To Twoje realne pastwisko pszczele, obszar rzędu siedmiu do dwunastu kilometrów kwadratowych, z którego rodziny opłacalnie zbierają. Wszystko dalej pszczoła co prawda doleci, bo zasięg lotu sięga nawet pięciu kilometrów, ale zużyje wtedy na drogę niemal tyle, ile przyniesie, więc do rachunku pożytkowego się nie liczy.

Potem popatrz, co w tym kole rośnie i kwitnie przez cały sezon, oraz ile uli już w nim stoi, licząc też sąsiadów. Prosty punkt odniesienia: przyjmuje się, że teren wyżywia bez spadku wydajności mniej więcej sześć do siedmiu rodzin na kilometr kwadratowy. Pomnóż powierzchnię pastwiska przez ten wskaźnik, odejmij zapas na lata słabsze i na konkurencję z dzikimi zapylaczami, którą szacuje się nawet na trzydzieści procent dostępnego pożytku, i masz orientacyjną liczbę rodzin, jaką teren udźwignie. Dokładniej policzysz to, sumując wydajność miodową roślin w zasięgu, podawaną w kilogramach z hektara, ale nawet zgrubny rachunek z promieniem i wskaźnikiem siedmiu rodzin na kilometr wiele Ci powie.

Warto mieć w głowie jeszcze jedną zasadę, która porządkuje myślenie: rodzina najpierw zjada spory kawał zebranego pożytku na własne potrzeby, na wychów czerwiu, wosk i przetrwanie, a dopiero nadwyżka ponad to trafia do Twojej miodni. Jako orientacyjny punkt odniesienia przyjmuje się, że rodzina zużywa na siebie rzędu osiemdziesięciu do stu kilogramów pożytku rocznie, ale i to podkreślam mocno, bo to tylko uśrednienie. Realnie zależy od rasy, klimatu, długości sezonu i siły rodziny i potrafi się sporo wahać, więc traktuj tę liczbę jako poglądową, a nie świętą. Ważniejszy od samej cyfry jest mechanizm: każdy dołożony ul najpierw musi wyżywić sam siebie z tej samej, ograniczonej puli, zanim odda cokolwiek Tobie. To dlatego dokładanie rodzin w napszczony teren tak szybko przestaje się opłacać.

Co z tym robić w praktyce

Skoro problem jest realny, to co może zrobić pojedynczy pszczelarz, nie czekając na odgórne regulacje?

Pierwsze i najważniejsze: nie pchaj uli na siłę w gęsty teren. Zanim postawisz pasiekę albo ją powiększysz, rozejrzyj się, ile uli już stoi w promieniu lotu. Jeśli okolica jest napszczona, dołożenie kolejnych rodzin nie da Ci więcej miodu, tylko rozcieńczy zbiory wszystkim, łącznie z Tobą.

Drugie: rozstawiaj pasieki z głową. Pszczoła lata po pożytek daleko, nawet do jakichś pięciu kilometrów, ale lot naprawdę opłacalny, przy którym przynosi więcej, niż zużywa, to raptem około półtora do dwóch kilometrów od ula. To znaczy, że dwie pasieki oddalone o kilometr, a nawet dwa, w praktyce zbierają z tego samego pożytku, bo ich pola lotu w dużej mierze się nakładają. Żeby realnie ograniczyć konkurencję, odległość między pasiekami powinna iść w kilka kilometrów. Kilka mniejszych pasiek porządnie rozrzuconych po terenie zbierze lepiej niż wszystko zwiezione w jedno miejsce albo poustawiane zbyt blisko siebie.

Trzecie: dbaj o bazę pożytkową. To jedyny sposób, żeby realnie zwiększyć pojemność terenu, a nie tylko dzielić tę samą pulę na więcej uli. Obsiewanie miedz i nieużytków roślinami pyłko i nektarodajnymi, sadzenie wierzb, lip, drzew owocowych i krzewów miododajnych, wsiewki poplonowe, to wszystko podnosi sufit, o który uderzasz. Pisałem o konkretnych roślinach przy ciele tłuszczowym, i to nie przypadek, że te same działania pomagają i na przepszczelenie, i na dobrą pszczołę zimową.

Czwarte: czytaj własne zbiory jako sygnał. Jeśli z roku na rok zbierasz mniej z rodziny mimo dobrej gospodarki i pogody, to może być właśnie sygnał przekroczenia pojemności terenu. Spadek wydajności z rodziny to termometr napszczelenia, na który warto patrzeć.

Ciekawostki i kontrowersje

Mamy tyle rodzin co USA, będąc trzydzieści razy mniejsi. Ta jedna liczba oddaje skalę zjawiska lepiej niż jakikolwiek wykres. Około 2,4 miliona rodzin w Polsce to poziom porównywalny ze Stanami Zjednoczonymi, mimo przepaści w powierzchni. Nie znaczy to automatycznie katastrofy, bo liczy się rozmieszczenie i baza pożytkowa, ale pokazuje, jak ciasno bywa na polskim pożytku.

Najpierw rodzina karmi siebie, dopiero reszta to Twój miód. Sporą część zebranego pożytku, orientacyjnie rzędu osiemdziesięciu do stu kilogramów rocznie, choć to tylko średnia zależna od rasy, klimatu i sezonu, rodzina zużywa na własne potrzeby, na czerw, wosk i przetrwanie. Dopiero nadwyżka ponad to trafia do miodni. Sama zasada ustawia myślenie o przepszczeleniu: każdy dołożony ul najpierw wyżywia sam siebie z tej samej, ograniczonej puli, zanim cokolwiek zostanie dla Ciebie.

Regulować odległość, nie zagęszczenie. Klasyczny pomysł to limit rodzin na kilometr kwadratowy, ale Henry i Rodet argumentują, że praktyczniejsze jest wyznaczanie minimalnych odległości między pasiekami. Łatwiej to wyegzekwować i lepiej oddaje realia, bo konkurencja rozchodzi się promieniście wokół każdej pasieki, a nie równo po całym kwadracie mapy.

Konkurencja zdradza się spadkiem zbiorów. Ciekawy wniosek z badań: nasilona konkurencja wewnątrz samej pszczoły miodnej jest jednocześnie najlepszym dowodem, że teren jest przepszczony. Twoje własne, spadające zbiory z rodziny to nie pech, tylko pomiar. Pojemność pożytkowa mówi do Ciebie językiem kilogramów miodu.

To nie jest prosta historia o winie pszczoły miodnej. Wbrew części nagłówków, nauka nie potwierdza, że pszczoła miodna zawsze i wszędzie szkodzi dzikim. Przegląd Mallinger pokazał, że skutki są zależne od kontekstu, a decyduje głównie krajobraz i baza pożytkowa. Tam, gdzie kwiatów jest dużo, gatunki współistnieją. To ważny bezpiecznik przeciw popadaniu w skrajność w którąkolwiek stronę.

Dwa mity

Mit pierwszy: im więcej uli, tym więcej miodu. Poniżej pojemności terenu owszem, ale po jej przekroczeniu jest odwrotnie. Dokładanie rodzin w napszczony teren obniża zbiory z każdej rodziny, więc więcej uli daje wtedy mniej miodu z pnia, nie więcej. Liczy się nie liczba uli, tylko ile pożytku przypada na rodzinę.

Mit drugi: pszczoła miodna niszczy dzikie zapylacze, kropka. To skrót myślowy, którego nauka nie potwierdza w tak prostej formie. Konkurencja bywa realna, zwłaszcza przy wysokim zagęszczeniu i ubogiej bazie, ale w krajobrazie bogatym w kwiaty gatunki potrafią współistnieć. Wróg nie nazywa się pszczoła miodna, tylko przepszczelenie połączone z pustynią pożytkową.

Najczęstsze błędy

Dokładanie uli w gęsty teren. Powiększanie pasieki tam, gdzie już jest napszczono, rozcieńcza zbiory wszystkim, łącznie z Tobą. Najpierw sprawdź, ile uli stoi w promieniu lotu.

Zwożenie wszystkiego w jedno miejsce. Wielka pasieka w jednym punkcie konkuruje sama ze sobą. Kilka mniejszych, rozstawionych na kilkaset metrów do kilometra, zbiera lepiej.

Traktowanie spadku zbiorów jako pecha. Malejąca wydajność z rodziny mimo dobrej gospodarki to często sygnał przekroczenia pojemności terenu, a nie kaprys pogody.

Ignorowanie bazy pożytkowej. Bez siania i sadzenia roślin miododajnych tylko dzielisz tę samą pulę pożytku na coraz więcej uli. Podnoszenie pojemności terenu to jedyne realne wyjście z przepszczelenia.

Prowadzenie pasieki w oderwaniu od sąsiadów. W napszczonym terenie zdrowie Twoich rodzin zależy od tego, jak leczą sąsiedzi. Warto się dogadywać, bo choroby nie znają granic działek.

Źródła i dalsza lektura

  • Semkiw P., Instytut Ogrodnictwa w Puławach. Raporty o stanie pszczelarstwa w Polsce (edycje 2023, 2024). Źródło danych o liczbie rodzin, napszczeleniu i jego regionalnym zróżnicowaniu.

  • Wilde J. Prace o pojemności pożytkowej terenu i wpływie napszczelenia na wydajność pasiek. Podstawa progu około siedmiu rodzin na kilometr kwadratowy.

  • Kobylińska M. (2021). Regionalne zróżnicowanie pszczelarstwa w Polsce. Wiadomości Statystyczne 66(2): 25-38. O wzroście napszczelenia i spadku średniej wielkości pasieki.

  • Mallinger R. E., Gaines-Day H. R., Gratton C. (2017). Do managed bees have negative effects on wild bees? A systematic review of the literature. PLoS ONE 12: e0189268. Przeglądowa, wyważona ocena wpływu pszczół zarządzanych na dzikie.

  • Henry M., Rodet G. (2018). Controlling the impact of the managed honeybee on wild bees in protected areas. Scientific Reports 8: 9308. O zasięgu konkurencji wokół pasieki i regulacji przez odległość zamiast zagęszczenia.

  • Torné-Noguera A. i wsp. (2016). Oraz Valido A. i wsp. (2019). O wykrywalnej konkurencji już przy niskim zagęszczeniu i o spadku odwiedzin kwiatów przez dzikie zapylacze przy wysokim napszczeleniu.

  • Cane J. H., Tepedino V. J. (2017). Gauging the effect of honey bee pollen collection on native bee communities. O ogromnej ilości pyłku zbieranej przez rodziny pszczele.

  • Burzyńska M. Obliczanie wydajności miodowej bazy pożytkowej (Pasieka, portal Pasieka24) oraz Współczesna gospodarka pasieczna. O efektywnym zasięgu lotu do 1,5-2 km, pastwisku pszczelim i szacowaniu pojemności terenu.

  • Opracowania o pasiekach wędrownych i przepszczeleniu (m.in. B-THENET, Fundacja Pszczoła Musi Być). Tło części o wędrówkach i konkurencji o pożytek.

  • Materiały o ziołomiodach i wyrobach miodopodobnych (m.in. Stara Miodziarnia, PszczelaMatka.pl, Łysoń) oraz o zafałszowaniu miodu syropem (Pasieka24). Podstawa części o dokarmianiu w sezonie i pseudomiodach.

Komentarze (0)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Brak komentarzy - bądź pierwszy!